20 lutego 2018

"O czym Ty człowieku opowiadasz..." - odcinek 7 - Małgorzata Urszula Laska :)








„Już od najmłodszych lat i jest połączona z kulturą osobistą, szacunkiem do drugiego człowieka. Nie wystarczy w tym przypadku poprawna polszczyzna, estetyka wypowiedzi, stylistyka, czy wiedza o języku.” - M.U. Laska


Kochani!

Cykl „O czym Ty człowieku opowiadasz...” rozkręcił się na dobre. Różne odpowiedzi, różne spojrzenia na problemy współczesnej polszczyzny i literatury, utwierdzają w przekonaniu, że każdy z nas szuka w niej czegoś innego, inaczej patrzy na język literacki, bo każdy z nas jest po prostu inny, ma inny gust i oczekiwania. Na podsumowania przyjdzie jeszcze czas. 

Dziękuję autorom, którzy już wzięli udział za chęci, poświęcony czas. Kto jeszcze chciałby wziąć udział, zapraszam do kontaktu. Cykl jest dla wszystkich, bez wyjątków, wyróżniania, czy segregowania autorów.


Dzisiejszy odcinek przeznaczony jest autorce, do twórczości której mam szczególny sentyment. Za poruszające książeczki dla dzieci. W każdej bowiem z nich potrafi wpleść mądre przesłanie, uczulając je na estymę, szacunek do świata zwierząt i natury, szczególnie zagrożonych gatunków.


Zdj. nadesłane
Z prywatnego albumu autorki


Małgorzta Urszula Laska
Żyje i pracuje we Frankfurcie nad Menem. Debiutowała kilka lat temu bajką dla dzieci. Od zawsze lubiła rysować. Czytuje różnorodną literaturę. Potrafi ciekawie opowiadać, dlatego też z przyjemnością się Jej słucha. Prywatnie bardzo otwarta i zawsze z pozytywnym nastawieniem do świata. Jedna z Jej ostatnich pozycji - książka dla dorosłego czytelnika „Dziewcak” pretenduje do tytułu Książki Roku 2017 w Niezależnym Konkursie Literackim „Brakująca Litera 2017”. Można cały czas oddawać głosy. Ja już swój oddałam.



Życzę jak zawsze, miłej, inspirującej lektury!


Małgosiu, co rozumiesz pod pojęciem „kultura słowa”?

To zagadnienie towarzyszy nam już od najmłodszych lat. Największy wpływ mają na początku rodzice, później szkoła, środowisko i otoczenie. Znam małe dzieci, które nie nauczyły się jeszcze dobrze mówić, ale naśladując rodziców, potrafią już zakląć jak szewc. To są czasami przypadki patologiczne, ale w rodzinach inteligenckich zdarzają się również. Dziecko nie zna na przykład zwykłych słów grzecznościowych: proszę , dziękuję, pan, pani, dzień dobry, do widzenia.
Pamiętam jeszcze w szkole podstawowej, kiedy nauczycielka kładła na to duży nacisk, a ja później kłaniałam się nieznanym osobom na ulicy, ponieważ tak miałam wpojone. Teraz śmieję się z tego i uważam, że wystarczy zwykłe „dzień dobry”, a sąsiadce w zupełności wystarczy. Przypomniało mi się takie zdarzenie, kiedy stałam ze swoją znajomą przed jej domem, a chodnikiem przechodził syn jej sąsiadki (wójta gminy). Chłopiec prawie otarł się o nas, odwrócił jednak głowę w drugą stronę udając, że nie poznaje swojej sąsiadki (mnie nie znał).
Nie chodzi tu o „kulturę słowa”, ale moim zdaniem tak to się rozwija. Już od najmłodszych lat i jest połączona z kulturą osobistą, szacunkiem do drugiego człowieka. Nie wystarczy w tym przypadku poprawna polszczyzna, estetyka wypowiedzi, stylistyka, czy wiedza o języku. Jeżeli rodzice nie reagują, kiedy ich dziecko przeklina, odzywa się do starszych per „ty”, a do rodziców, czy dziadków zwraca się po imieniu, droga do „kultury słowa” będzie daleka. 

Czym dla Ciebie jest – słowo? Czy masz jakieś swoje ulubione? 

Na pewno wiem, których słów staram się nie używać, a jednak automatycznie je wymawiam. Są to: narka, no (zamiast tak), fajnie, świetnie. Chociaż człowiek broni się jak może, słysząc we współczesnym świecie codziennie takie słowa, automatycznie je powtarza. Są jednak również takie, których nigdy nie będę wypowiadać. Wzbudzają u mnie niesmak; zajebiście, zajefajnie, czy „ciapaty”.

Zdj. nadesłane
Słowa ulubionego nie mam, albo mam i nie zdaję sobie z tego sprawy. Zauważyłam jednak słowa, które z przyjemnością powtarzają moi znajomi, zwłaszcza te: „generalnie” lub „de facto”… Pewnie są ich ulubionymi. 
W słowie można wiele przekazać, wiele wyrazić. Jeżeli się uda, zostanie też tak „de facto” odebrane. 

Jak Twoim zdaniem zmienia się język literacki? Czy ta zmiana zmierza w dobrym kierunku?

Inaczej wyglądał język literacki przed wojną, po wojnie i w latach kolejnych. Ze względu na cenzurę, literatura nie była jednolita, ulegała zmianom ze względu na przemiany polityczne. Dzisiaj mamy dostęp do Internetu, panuje wolność słowa, powstaje wiele wydawnictw, gdzie wydać książkę może praktycznie każdy, kto posiada możliwości finansowe. Dlatego powstaje wiele „dzieł na czasie”. Przemoc, gwałt, narkotyki, wojna, uchodźcy… Autorzy starają dopasować się do współczesnego czytelnika, pisząc otwarcie na tematy, których nie można sobie wyobrazić w dziełach przedwojennych. Moim zdaniem język literacki wielu polskich autorów zmierza w dobrym kierunku, niektórzy jednak stawiają na komercję, pisząc swoje książki prawie jakimś slangiem młodzieżowym. Tych unikam. 

Co myślisz o wulgaryzmach, potoczności słownej stosowanej coraz częściej w książkach?


„Cool” , „zajebiście” i tak dalej. Oczywiście, bardzo mnie razi, kiedy w pierwszych zdaniach książki, powtarza się kilkakrotnie „kurwa”. Sama mam czasami problem, aby wyrazić się w zdaniu, podkreślić wypowiedz, kiedy staram się przedstawić bohatera z marginesu społecznego, a taki nie używa pięknych słów. Ostatnio, coraz częściej wpadają mi w ręce książki autorek, które bardzo skupiają się w swojej twórczości na doznaniach cielesnych. Nie wiem, czy jestem już „starej daty”, ale nie wprawiają mnie w zachwyt takie treści. W literaturze szukam czegoś innego, nie muszą to być naciągane wulgaryzmy, sceny erotyczne, czy potoczność od deski do deski. 

Fragment książki znanego, współczesnego autora:

„Mimo to, paradoksalnie, masturbacja
ogromnie go zajmowała. Wyspiański był zapobiegliwym, sprawnym
technicznie, empatycznym, cierpliwym, gdy trzeba wyuzdanym, gdy
trzeba czułym, otwartym na wszelkie eksperymenty kochankiem.
Jednakże w większości przypadków nie osiągał orgazmu, dopóki nie
zaangażował swojej ręki. Ani dłonie Weroniki, ani nawet długotrwałe
i urozmaicane analnymi penetracjami jej palców fellatio, które podobnie
jak jej mąż preferował, prawie nigdy nie dawały mu tego, co
mógł sobie dać sam. Nie była pewna, ale coś podpowiadało jej, że to
kolejny przejaw jego narcyzmu. Nie przeszkadzało jej to szczególnie.
Ona orgazmy i następujące po nich odprężenia z nim i przy nim
zaliczała prawie za każdym razem”.
Czy o współczesną polszczyznę można być spokojnym?

Mam nadzieję, że tak. Jest na szczęście wiele osób, które zwracają uwagę, jak mówią i jak piszą. Obserwuję na fb prof. Miodka (słownik polsko@polski). Jego wypowiedzi są trafne, nikt inny jak on, nie potrafi w jednym zdaniu uchwycić istoty problemu, który zagraża naszej polszczyźnie.

Fragmenty ze spotkania z krakowskimi studentami:
„Sorry, ciężko, dokładnie, cze… to tylko niektóre z wyrazów robiących furorę. „Miejmy modne krawaty, marynarki, spodnie, sukienki, żakiety, tylko wystrzegajmy się jak ognia modnych wyrazów” 
„Przykładem brutalizacji są np. określenia w relacjach sportowych, w których często zamiast „pokonania" przeciwnika, pojawia się „zmiażdżenie”, „stłamszenie”, „skasowanie”, a nawet „rozstrzelanie” przeciwnej drużyny. Agresja słowna dotyczy nie tylko boiska sportowego, ale i zjawisk kulturalnych – określenia takie jak np. „będzie bolało", "poleje się krew” mają zachęcić do przyjścia na… koncert”.





A teraz spróbuj „naprędce” wymyślić krótką historyjkę, która zaintryguje czytelników - w myśl tytułu projektu. O czym ona będzie, czy to zmyślona, czy autentyczna, to zależy od Ciebie.

Powodzenia!


Niestety nie zdążyłam wymyślić historyjki w myśl tytułu projektu. Poniższy fragment, to scena z książki, którą właśnie piszę. Tu bohaterka wyjeżdża w latach 90-tych do Niemiec za chlebem. Mały pokoik dzieli z innymi rodakami. Do kultury słowa trochę tam daleko, mam nadzieję, że nie przesadziłam z wulgaryzmem, ale w życiu spotykamy się z takimi realiami.


„Jednak od rana i po całym dniu, marzeniem Hanki było się wcześniej położyć, bo następny dzień zapowiadał się tak samo. Kiedy weszła na klatkę późnym wieczorem, usłyszała śpiew Wieśka. Darł się pijany na całe gardło: „Daj mi tę noc”. Wchodząc do pokoiku usłyszała, że zmienił repertuar na: „Upływa szybko życie”. Była załamana. Halina była także pijana, Markowi nic nie brakowało, a Janina spała, prawdopodobnie nieźle wstawiona, bo nie reagowała na nic. Trójki nowych współlokatorów jeszcze nie było. 
– Uspokój się do cholery! –krzyknęła wściekła do Wieśka, nie przebierając w słowach. –Zamknij ten ryj, bo inaczej wszystkich nas stąd wywalą na ulicę. Na zbity pysk! Zaraz sąsiedzi zadzwonią na policję. Nie mieszkasz tu sam!  
Na Wieśka podziałało to jak płachta na byka. Jeszcze bardziej zaczął się awanturować i wyzywać Hankę. 
– Ty szmato! Jak śmiesz! Pieprzysz się z Turasami, a mnie będziesz uczyła porządku! – Wyp…dalaj! –wrzasnął na całe gardło. Tego było jej za wiele. To, że u Turka pracowała, nic nie znaczyło, chociaż jego żonaty brat próbował ją uwieść. Zaprosił na kolację, wymyślił pretekst do pojechania w nocy do biura, rzekomo po jakieś dokumenty. Próbował, ale kiedy się rozpłakała, przeprosił i grzecznie odwiózł ją do domu. Nie straciła pracy, a Turek więcej jej nie nagabywał.

Nie wytrzymała i uderzyła otwartą dłonią Wieśka w twarz. On nie zastanawiając się, złapał ją za włosy i z całej siły popchnął w kierunku kuchenki stojącej przy drzwiach. Na całe szczęście właśnie weszli bracia. Kazik automatycznie powstrzymał lecącą Hankę na wielki garnek z gotującą się do mycia wodą. Palniki były rozżarzone, bo spełniały rolę także grzejników. Gdyby nie jego silne ramię, byłaby teraz cała poparzona. Bracia odsunęli ją na bok i wyciągnęli na korytarz Wieśka. Nie wiedziała co się dzieje. Trwało to zaledwie kilka sekund. Słychać było tylko jakieś uderzenia i klaskania. Z wrzaskiem rzuciła się do drzwi Halina, mając zapewne na celu ratowanie kochanka. Powstrzymał ją Marek i zdecydowanie posadził na krześle. Po chwili zakrwawiony Wiesiek wkroczył pokonany do pokoju. Usiadł spokojnie na materacu, a Halina troskliwie opatrywała mu rozbity nos”.






Brak komentarzy:

Prześlij komentarz