Kochani!
Święta dobiegają końca, czas na ostatni wpis świąteczny. Nie ukrywam, że trochę będzie mi brakowało tego stałego, codziennego elementu na blogu. Ale, ale... dla mnie nie ma rzeczy niemożliwych. Już po nowym roku ruszy cykl zabaw literackich z Anitą Scharmach, a i pojawi się nowy element. Nowy rok, nowe plany i możliwości :)
Tymczasem dzisiaj, zapraszam na piękne, klimatyczne wspomnienia Anny Łaciny.
Anna Łacina to autorka, której twórczość dla mnie jeszcze pozostaje w sferze do poznania. Mam nadzieję, że niebawem uda mi się nadrobić zaległości. Prywatnie otwarta, ale mimo wszystko zdystansowana.
O autorce internet pisze tak:
„Z wykształcenia i pasji biolog. Autorka serii bajek edukacyjnych, opowiadań fantastycznych i powieści obyczajowych. Dwukrotnie wyróżniona przez Polską Sekcję IBBY (w 2007 roku za „Inwazję wirusów”, a w 2010 za „Czynnik miłości”). Uważa, że wspólne czytanie i dyskusje o literaturze zbliżają ludzi, dlatego stara się raczej tworzyć powieści, które można czytać razem, niż adresowane do konkretnej grupy wiekowej. Kocha podróżować, chętnie zagłębia się w tajemnice natury, kultur i języków, niektórymi odkryciami dzieli się potem w swoich książkach. Chadza własnymi drogami, często zaczytana, więc jak nikt rozumie wszystkich "osobnych". Ale nie tylko o nich i dla nich pisze.”
Życzę Wam miłej lektury!
Najwcześniejsze moje wspomnienie z dzieciństwa związane z Bożym Narodzeniem jest takie:
Mieszkamy w małym jednopokojowym mieszkaniu. Nie wiem ile mam lat, ale niewiele, bo najlepiej pamiętam z tego czasu układ klepek w parkiecie, nie mogłam więc wysoko odrosnąć od ziemi. Otwierają się drzwi i widzę buty taty, a nad nimi, aż do samego sufitu, gąszcz zielonych pachnących gałązek.
Potem oczywiście ubieranie choinki, ubierał tata, ja mogłam co najwyżej popatrzeć na bombki, a i tak trzeba było uważać, bo bardzo łatwo się tłukły – pamiętam ten brokatowy, wielobarwny błyszczący stosik, w który zmieniała się bombka i że mama mnie zaraz odganiała i szybko zmiatała te cudowności na szufelkę.
Pamiętam szafkę bieliźniarkę, na której stała choinka, to chyba późniejsze wspomnienie, bo widzę tę choinkę z perspektywy innej niż żabia, musiałam więc być już nieco wyższa od szafki. Pod choinką leżały trzy pudełka. Jedno duże, drugie średnie i trzecie malutkie. Bardzo byłam ciekawa, co jest w środku, ale tata powiedział, że nie wolno prezentów otwierać przed pierwszą gwiazdką, bo zamienią się w piasek.
![]() |
| Zdj. nadesłane Z prywatnego albumu autorki |
Mówił, że ten największy prezent to pewnie dla niego, bo jest największy, a ten malutki to dla mnie, bo jestem najmniejsza. Oczywiście okazało się, że jest dokładnie odwrotnie. To duże płaskie pudełko to był „Mały Konstruktor” i przypadł mnie, co było w średnim, nie pamiętam, a najmniejszy był dla taty i była to paczka daktyli.
Przygotowania do świąt – do taty należało pieczenie, robił najlepsze na świecie makowce, kiedy jeszcze żył, piekł zawsze tych makowców osiem, bo tyle mu wychodziło ze stałej proporcji, jeden zanosił do pracy, a pozostałe siedem było dla nas. Były tak pyszne, że do sylwestra zwykle nie zostawało już ani kawałka, a przy wigilijnym stole przeważnie zasiadało nas tylko troje: mama, tata i ja.
Drugą obowiązkową potrawą był makaron z makiem i z miodem – bardzo pilnowałam jako dziecko, a potem młodzież i do dziś pilnuję, mając już własną rodzinę, by wigilijne potrawy jeść TYLKO w wigilię i ewentualnie w okresie Bożego Narodzenia dojadać, jeśli coś zostanie.
Wtedy czeka się na nie przez cały rok i to sprawia, że mają niepowtarzalny smak.
Teraz, w mojej rodzinie makaron z makiem i miodem zastąpiła kutia, czasem zdarza się, że robię obie te potrawy.
![]() |
| Zdj. nadesłane Z prywatnego albumu autorki |
Wigilię zawsze zaczynaliśmy barszczem grzybowym, czystym, tzn niezabielanym. Robiła go mama, a teraz przygotowuję go ja. Robi się go na wywarze z suszonych grzybów, które potem dodaje się do drugiej obowiązkowej potrawy wigilijnej czyli „kapuśniaków”.
Kapuśniaki to rodzaj drożdżowego kulebiaka nadziewanego kapustą z grzybami (kiszona zmieszana ze słodką). Jemy je do wspomnianego już grzybowego barszczu jako paszteciki.
Mój tata był mistrzem w przygotowywaniu tych kapuśniaków, kiedy już nie mógł ich przygotowywać, ja przejęłam pałeczkę i wychodzą mi prawie takie same w smaku, jak tacie. To niestety bardzo praco- i czasochłonna potrawa, więc wszystko zależy od tego, ile mam czasu na przygotowanie wigilii. Jeśli wiem, że nie dam rady, zamawiam gotowe uszka – mamy jedno sprawdzone źródło i uszka są stamtąd bardzo dobre. Ale barszcz grzybowy obowiązkowo musi być.
Po barszczu i kapuśniaczkach (lub barszczu z uszkami) przychodzi kolej na rybę. Nie kupujemy karpia, bo to straszne, jak tak biedak pływa w wannie, więc przeważnie jest pstrąg, czasem inna ryba słodkowodna, tu już jest mniej ortodoksyjnie. W tym roku dostałam przepis z użyciem smażonego tofu zamiast ryby, jeszcze go nie wypróbowałam, ale nie wykluczam takiej opcji.
W moim domu rodzinnym po pstrągu była jeszcze jakaś inna ryba, najczęściej sałatka śledziowa, bo byłyśmy z mamą we dwie i każda przygotowywała coś innego. Podobnie było, kiedy z mężem przyjeżdżaliśmy na wigilię do moich rodziców, wtedy ja przywoziłam jakąś wariację na temat ryby na zimno, a mama smażyła pstrąga.
Teraz kuchenne przygotowania spadają w całości na mnie, więc jeśli się nie wspomogę gotowymi potrawami, to ryba jest tylko jedna.
Po rybie – jak już mówiłam – koniecznie mak. W moim rodzinnym domu – kluski z makiem, u mnie kutia, której przygotowanie podpatrzyłam u teściowej, ale nieco zmodyfikowałam, dopasowując do własnych upodobań kulinarnych. Więc kutia teściowej smakuje zupełnie inaczej i je się ją na zimno. Moją jadamy na ciepło. Obie pyszne.
Oczywiście obowiązkową potrawą, której nie może zabraknąć, jest kompot z suszonych owoców, a potem wyjadanie tychże owoców.
No i przychodzi wreszcie pora na ciasta. Co ciekawe, w rodzinie mojego taty ciasta jadło się dopiero w pierwszy dzień świąt, a po kolacji wigilijnej smażyło się racuchy, które można było jeść na słodko lub na słono. W moim rodzinnym domu jadło się makowiec i piernik, oraz drożdżowe ciastka nadziewane kawałkami jabłek – wszystkie produkcji mojego taty.
U mnie też obowiązkowo jest makowiec i jeśli się uda, to staram się go sama upiec, tyle że robię według przepisu taty, ale z połowy porcji, więc wychodzą mi tylko cztery makowce. A i tak to cały dzień pracy.
Co do piernika – też staram się by był, ale ciągle jeszcze nie znalazłam takiego przepisu, który stałby się moim ulubionym. Eksperymentuję.
Ciasto piernikowe jest dość trudne w obróbce, klei się i ciężko miesza, więc to jest ostatnia pozycja na liście wigilijnych priorytetów. Częściej pomagam sobie pierniczkami lub piernikiem z cukierni.
![]() |
| Zdj. nadesłane Z prywatnego albumu autorki |
Sam sposób obchodzenia wigilii też się w moim domu rodzinnym zmieniał. Rodzice pochodzili z różnych stron Polski i przez długi czas szukali własnej, wspólnej, tradycji. Ja, zakładając rodzinę, już dobrze wiedziałam, jakie elementy chcę przejąć, a które pozwolę sobie zmodyfikować.
To co się nie zmieniło od lat, to sposób pojawiania się świętego Mikołaja z prezentami.
Zarówno moim domu rodzinnym, jak i u mnie, nigdy się nie pojawiał w postaci widzialnej. Po prostu pod choinką stoi duży worek albo pudło, które nie wiadomo kiedy niepostrzeżenie napełnia się prezentami. I zwykle są tak podpisane, by było trudno się domyślić, który jest od kogo, wiadomo tylko który jest dla kogo. I tak jest najlepiej. Bo nieważny w tym wszystkim jest ofiarodawca, tylko obdarowany. A najlepsza (dla mnie) jest przyjemność rozpakowywania prezentów. Mniej istotne jest to, co w środku. Raczej są to drobiazgi, choć czasem pojawia się jakaś cenniejsza rzecz, zwykle przeznaczona wtedy dla wszystkich domowników.
Ponieważ na wigilii jest nas zwykle tylko kilkoro, więc można połamać się opłatkiem każdy z każdym i złożyć sobie spersonalizowane życzenia. Jeśli zdarza się obchodzić święta w większym gronie, łamanie się opłatkiem jest krótkie, a życzenia bardziej lakoniczne.
![]() |
| Zdj. nadesłane Z prywatnego albumu autorki |
Czego chciałabym życzyć czytelnikom? Czasu. Aby umieli znaleźć czas na dobre rzeczy, czas na spotkanie się ze sobą samym, ze swoimi myślami, planami, nadziejami i lękami. Czas na przeżycie radości i nie uciekanie od smutku. W dzisiejszych zabieganych czasach mamy tendencję do zabijania czasu, a to wielka zbrodnia.
Życzę, abyśmy w te święta potrafili się choć na chwilę zatrzymać i nie zagłuszali tych chwil telewizją facebookiem czy innymi przeszkadzajkami.
Oczywiście życzę też, ale to dopiero w drugiej kolejności, czasu na spotkanie z dobrą książką. Swoje staram się pisać tak, by dostarczały podczas lektury materiału do przemyśleń. Jeśli więc skłonią kogoś do tego, by po przeczytaniu porozmawiać o tym, co się przeżyło, niekoniecznie z drugą osobą, chociaż to też jest bardzo dobre, ale warto też „porozmawiać” o swoich emocjach i refleksjach po prostu ze sobą samym; jeśli więc czytelnicy znajdą taki czas i odważą się go nie zabijać – będę bardzo szczęśliwa.
Radosnych spokojnych świąt!
Anna Łacina
Dziękuję! :)






Telewizyjne i fejsbukowe przeszkadzajki - zgodnie z intencją i życzeniami Autorki - nie zakłócały mojej rodzinie rozmów i wspomnień... Dziękuję i pozdrawiam poświątecznie. :)
OdpowiedzUsuńHanna