07 grudnia 2017

Świąteczne spotkanie z Ewą Woźniak - Ostrowski :)









Ewa Woźniak - Ostrowski to dla mnie nie tylko autorka pięknych wierszy, ale też sympatyczna osoba, która swą wrażliwością i optymizmem potrafi zaaferować niemal każdego. Mam tę przyjemność, że patronuję medialnie jednemu z Jej dwóch wspaniałych tomików wierszy „Kantyleny na dwie łezki i skrzypce”, a już niedługo ukaże się Jej debiut prozatorski nie tylko dla miłośników czworonożnych przyjaciół.


Zdj. nadesłane
Z prywatnego albumu autorki



O autorce internet pisze tak:
„Urodziła się w 1959 r. w Zgierzu koło Łodzi. Jest absolwentką Akademii Rolniczej im. Hugona Kołłątaja w Krakowie i Instytutu im. Spassowskiego we Wrocławiu. Przed wyjazdem do Niemiec, w 1988 r., była nauczycielką biologii w XII LO we Wrocławiu.
Obecnie mieszka jedną nogą w Würzburgu, a drugą nogą i sercem w Łodzi.
W Niemczech pracowała jako bioinżynier na Uniwersytecie w Würzburgu.
Uwielbia czytać książki, słuchać muzyki. Poezja jest dla niej głosem serca, pisze wszędzie: na ławce w parku, w tramwaju, a najczęściej leżąc bezsennie w łóżku.”




Zapraszam na kolejne świąteczne spotkanie. Miłej i inspirującej lektury!



Gdy pierwsza gwiazda zalśni w swej bieli,
Opłatkiem przyjdzie nam się podzielić.
Kiedy w pokoju zapachnie siano,
Znak, że kolację świąteczną dano.
Dwanaście potraw będzie na stole,
Będą życzenia i trochę kolęd.
Choinka błyśnie blaskiem zaklętym,
A pod choinką będą prezenty.
Radość i wiarę niosą te święta,
Tych co odeszli, też się pamięta.


Moje święta z dzieciństwa, to mały domek kryty strzechą, mnóstwo śniegu i trzaskający mróz. W tym domku u dziadków zbierała się liczna rodzina. Dziadkowie mieli siódemkę potomstwa, więc nie raz bywało ciasno, ale nigdy wszystkich na raz nie było, gdyż mieli też swoje rodziny. Pachniało sianem, które dziadek przygotował dla nas i potrawami. Wiadomo w Wigilia była bez mięsa, więc ryby groch z kapustą i obrzydliwy kompot z suszonych owoców. Do dziś jakoś nie przepadam za tą formą suszu. Dzielenie opłatkiem, życzenia i atrakcja dla dzieci, szukanie pieniążków w poszewce wypełnionej sianem. Tak było dokąd dziadkowie na starość nie przenieśli się do miasta.


Zdj. nadesłane
Z prywatnego albumu autorki


W moim rodzinnym domu, atmosfera przedświąteczna pachniała pastą do podłóg. Tato pastował parkiet, a ja z bratem musieliśmy froterować, mama zachowywała się tak, jakby przez cały rok mieszkanie nie było sprzątane, co oczywiście było bzdurą, bo wielkie porządki odbywały się co sobotę i ganiała nas do wszelkich robót. To było straszne i jak już wyjechałam na studia unikałam zbyt wczesnych przyjazdów do domu. Wpadałam na tak zwaną ostatnią chwilę. Też bywało u nas tłoczno. Co prawda mam tylko jednego brata, ale zawsze jeszcze ktoś nas odwiedzał z tego licznego rodzeństwa mamy i ich potomstwa. Na każdym talerzyku mama kładła grosik i łuskę karpia zawinięte w folię aluminiową, to trzeba było nosić w portfelu do następnej Wigilii. Tradycyjny opłatek, zupa grzybowa, ryba w galarecie, ulubione danie mojego tatusia ( zajadał się nią przez całe święta tyle tego było), ryby smażone i różne formy śledzi. Dopiero później jakoś doszły pierogi z kapustą i grzybami. W tle brzmiały kolędy. Choinka najpierw taka prawdziwa, a później niestety sztuczna. Ponieważ mam urodziny w grudniu, a imieniny właśnie w Wigilię, czułam się zawsze pokrzywdzona, gdyż dostawałam prezent na te wszystkie okazje, jeden. Do czasu, gdy byli jeszcze wszyscy, były to radosne święta, teraz jest trochę inaczej. Gdy jestem akurat w Polsce, a staram się być jak najczęściej, robimy Wigilię „koszyczkową”, żeby mama nie miała tyle pracy. Ostatnim razem nie było miejsca na stole i potrawy stały jedna na drugiej. Z pewnością było ich więcej niż 12. W Niemczech to nie są takie święta, jak mam je w pamięci. Niemcy w Wigilię nie poszczą, częstą potrawą jest sałatka kartoflana i parówki, a w tych bogatszych domach pieczona gęś. U mnie zaś tradycja, choinka musi być prawdziwa, żeby pachniało. Pamiętam jak wpakowałam takową do nowiuteńkiego samochodu syna i jak patrzył na mnie, gdy ta wspaniała zabawka została przez to drzewko zanieczyszczona. Za karę obiecał usunąć ją z mieszkania, gdy opadną z niej wszystkie igły, które były przyczyną tego zbrukania. 

Zdj. nadesłane
Z prywatnego albumu autorki

Wierzcie mi, kikut stał do marca. Jest czerwony barszczyk z uszkami, zupa z suszonych grzybów, pierogi z kapustą i grzybami i różnie podane śledzie. Ryba w occie, danie które robi mąż, bo taka była u niego w domu. Najtrudniej jest zdobyć opłatek, ale o to dba moja rodzina pozostająca w Polsce. Atmosferę mają poprawiać polskie kolędy puszczane z odtwarzacza CD, ale to już nie jest tak jak kiedyś. Chciałabym, żeby tak jak kiedyś u dziadków, dom był pełen, ale to rozerwanie między Polską a Niemcami sprawia, iż jest to niemożliwe. 





Ryba w occie:

Filet z dorsza ( żadna inna ryba nie wchodzi w rachubę) należy podzielić na dzwonka i opanierować, następnie usmażyć. Na czystej patelni usmażyć dużą ilość cebuli pokrojonej w krążki lub piórka. Rybę i cebulę umieścić w pojemniku i zalać przygotowaną zalewą w skład której wchodzi ocet (wedle uznania, jak kto lubi, byle nie za kwaśne), woda, łyżeczka cukru, parę listków laurowych i ziaren ziela angielskiego ( to wszystko zagotować). Odstawić przynajmniej na 12 godzin.

Smacznego!


Dziękuję za kolejne inspirujące spotkanie :)

2 komentarze:

  1. Bardzo przyjemnie czyta się takie posty. ;)

    OdpowiedzUsuń
  2. W moim domu ulubione danie taty Autorki - karp w galarecie - także jest królem stołu - przez całe święta się nim zajadamy. :)
    Hanna

    OdpowiedzUsuń