06 grudnia 2017

Świąteczne spotkanie z Jarosławem Prusińskim :)






Kochani!

Dzisiaj zapraszam Was na kolejną świąteczną opowieść, którą przedstawi Wam Jarosław Prusiński. Dla mnie autor jeszcze niepoznany, ale jak to mówią – wszystko jeszcze przede mną.


Fot. ze strony autora


O sobie autor pisze tak:
„Jestem mieszkańcem planety Ziemia, choć czasem mam wrażenie, że wylądowałem tu o 1000 lat za wcześnie. Urodziłem się dość dawno temu, skończyłem parę szkół, znam kilka języków. W wolnych chwilach piszę. Nie mam pojęcia skąd ten irracjonalny pęd do klawiatury? Może da się to jakoś leczyć? Na razie jednak będę Was zasypywał swoimi książkami. Mam nadzieję, że w każdej z nich uda Wam się coś ciekawego znaleźć, dokopać do drugiego dna, do ukrytych treści. Chyba, że ich tam po prostu nie ma. Ocena należy do Was. :)” 

Zapraszam na stronę autora: http://jprusinski.blogspot.com/



Miłej lektury!

Rok osiemdziesiąty, może nawet wcześniej. Wigilia, szósta rano. Jest ciemno, pod stopami skrzypiący śnieg. Dzisiaj w szkole mamy wolne, więc ojciec po drodze do pracy zawiózł mnie pod sklep. Mają rzucić chleb. Podobno w tym sklepie chleba dają więcej niż w innych, ale o wszystkich sklepach tak mówią. Więc stoję. Przede mną kolejka. Okutane w kożuchy postacie z czapkami uszatkami na głowach lub wełnianymi robionymi na drutach przez żony albo ciotki. Ja też mam coś takiego na głowie – czerwoną czapkę zrobioną przez moją ciotkę. Ohydną! Z dużym pomponem na czubku. Stoję. Mróz szczypie w nos, każdy oddech skleja włoski w środku. Powoli zamarzam. Ludzie w kolejce oddychają kłębami pary wodnej, która wygląda jak dym. Zresztą niektórzy oddychają też dymem. Palą „Sporty” bez filtra albo „Radomskie”. Przytupują, chuchają w ręce. Niektórzy rozmawiają, śmieją się. Mówią o polityce. Zawsze mówią o polityce. Ten taki, tamten owaki. Krwiopijcy żerujący na pracy robotników. Więcej mówią mężczyźni, kobiety tylko się uśmiechają pobłażliwie. No, bo o czym oni tu gadają? Co to za pierdoły? Dzisiaj wigilia, a jeszcze nie ma tylu rzeczy. Karpia jeszcze nie ma (mają rzucić do garmażeryjnego koło jedenastej), a przecież trzeba bydle jeszcze usmażyć. No i nie ma chleba!

Podjeżdża samochód. Nyska. Ucichają rozmowy, kolejka tężeje, gęstnieje. Ale to jednak fałszywy alarm. To jeszcze nie dostawa.

- Do „ruskich” chleb wywożą! – oznajmia jakiś gość w czapce uszatce. – „Czerwoni” chcą nas głodem wziąć. Ale my nie pozwolim. Nie ma mowy!

- Zamknij się, pan – denerwuje się kobieta przede mną – albo pana zamkną.

- No, to zamkną! A co mnie tam, pani. Mnie wszystko jedno.

- Brakuje chleba, bo z innych osiedli przyjeżdżają i wykupują! – mówi chudy człowieczek z papierosem w ustach. – Pana też tu widzę pierwszy raz, panie.

Do rozmowy włączył się ktoś inny. Uspokaja:

- Ludzie, wigilia jest. Dajcie spokój.

Facet w czapce uszatce i walonkach już się nie odzywa. Z przodu chudy wesołek opowiada kawał. Śmieją się. Kobiety również się śmieją i spoglądają na Wesołka życzliwym wzrokiem. Nie dosłyszałem żartu, ale też się śmieję. Dla towarzystwa. Sklep ciągle zamknięty. Otworzą o dziewiątej albo o dziesiątej. Dzisiaj wigilia. Choinka już ubrana. 


Ciekawe co dostanę w tym roku? Zwykle w paczce są dwie pomarańcze i czekolada. Czasem tej jest butelka Coca-coli. Tej prawdziwej, najprawdziwszej. 

Ciekawe czy w tym roku coś będzie pod choinką. Mam mówiła, że w tym roku nic nie będzie. Ale ona tak mówi co roku i co roku coś jest. Mam dobry humor. Dzisiaj wigilia. Wieczorem będzie smażony karp (ojciec z roboty przyniesie), śledzie w occie, barszcz z uszkami, kapusta z grzybami. Tradycyjnie odbędzie się uroczyste liczenie potraw i znowu będą sprzeczki, czy chleb to dodatkowa potrawa, czy tylko dodatek i nie należy go liczyć. O ile oczywiście uda mi się go kupić.

Dziesiąta. Od dawna jest już widno i mróz też jakby odpuścił. Godzinę wcześniej podjechała nyska. Facet w uszatce liczył skrzynki i zapewnił wszystkich, że chleba jest „w pytę”. Może i było, ale gdy dochodzę do lady, chleba już nie ma. Wesołek kupił trzydzieści bochenków. Podobno ma wesele. Odchodzę z płaczem. W końcu jestem dzieckiem. Mam tylko osiem lat.

Nie zasiadamy do stołu bez chleba. Ojciec załatwił. On wszystko potrafił załatwić. Cieszymy się. Nie potrafię opisać, jak bardzo cieszymy się na widok trzech bochenków chleba. Mamy chleb! Wiem, że to będą szczęśliwe święta. Już są szczęśliwe.



W te święta odwiedzę mojego ojca. Położę na grobie opłatek i kawałek chleba. A Wam drodzy Czytelnicy życzę, żebyście umieli cieszyć się drobiazgami. Takimi jak bochenek chleba. 



Wesołych Świąt!

5 komentarzy:

  1. Również nie znam jeszcze tego autora, ale przyjemnie czytało się ten post. ;)

    OdpowiedzUsuń
  2. Pięknie i oryginalnie. Pamiętam te lata. Kryzys i bieda, może dlatego wzruszył mnie ten post.

    OdpowiedzUsuń
  3. Bardzo ładnie opisane, też pójdę do taty i brata z opłatkiem.....
    Muszę bliżej poznać twórczość autora
    Pozdrawiam serdecznie

    OdpowiedzUsuń
  4. Z twórczością Jarka Prusińskiego pierwszy raz zetknęłam się dwa lata temu i tak mi zostało do dzisiaj :) Z zainteresowaniem śledzę jego poczynania twórcze, z satysfakcją stwierdzając, że bardzo dobrze odnajduje się zarówno w długich, jak i krótkich formach.
    Niniejsze opowiadanie wzrusza i porusza do głębi...
    Brawo, Jarku! :)

    OdpowiedzUsuń
  5. Cieszyć się drobiazgami... Coraz mniej to potrafimy.
    Piękne przesłanie, dziękuję.

    Hanna

    OdpowiedzUsuń