Mira Białkowska całkiem niedawno debiutowała powieścią dla dorosłych „Wcale mi nie zależy”, mając już na swoim pisarskim koncie kilka pozycji poetyckich, w tym dwie dla dzieci. Oprócz tego, że pisze jest aktywnym uczestnikiem życia muzycznego. Prywatnie to kobieta uzdolniona, utalentowana, która spod swoich profesorskich skrzydeł wypuściła niejednego artystę, którego dzisiaj możemy oglądać i słuchać nie tylko w telewizji. Sympatyczna i otwarta, uśmiechnięta, nigdy nie stwarza żadnego dystansu.
Życzę Wam miłej lektury!
![]() |
| Zdj. do kolażu pochodzi ze strony autorki |
Świątecznie u Miry Białkowskiej
Wychowałam się w Szczecinie. W mieście wielu kultur i tradycji. Wiadomo, po zakończeniu II Wojny Światowej zjechali tam ludzie zewsząd i zwieźli swoje tradycje i zwyczaje. Wśród sąsiadów mieliśmy poznaniaków, przybyłych zza Buga i Bóg raczy wiedzieć skąd jeszcze. Rodzina mojej mamy przybyła z Wadowic, mój tata pochodził z lubelskiego, ale na krótko przed wybuchem wojny jego rodzina przeniosła się na Wołyń, po wyzwoleniu zaś osiadła w województwie opolskim. Jedna rodzina, a wymieszanych tyle różnych tradycji. No i jeszcze wpływy sąsiedzkie, bo panie chętnie dzieliły się przepisami ze swoich rodzinnych stron. Pamiętam te przedświąteczne dyskusje kobiet: - „U nas na Wigilie robiło się kutię” – mówiła np. jedna sąsiadka. Ja kutii nie znałam. Podobnie jak klusek z makiem, które dziś są moim ulubionym przysmakiem wigilijnym, a które nauczyła mnie robić moja teściowa, gdy „za mężem” przeniosłam się na Mazowsze.
Oczywiście są potrawy, które „obowiązują” w całej Polsce jak karp, śledzie, uszka z grzybami do czerwonego barszczu, czy kompot z suszonych owoców i takie znajdowały się na stole wigilijnym w mojej rodzinie. Żadnych ciekawostek.
![]() |
| Zdj. pochodzi ze strony autorki |
A jak wyglądały święta w moim domu? Raczej smutno, bo bez taty. Mój tata był marynarzem i święta najczęściej spędzałyśmy we trzy tzn. mama, ja i moja siostra. Na pasterkę chodziłyśmy rzadko, do kościoła szło się dopiero w święta. Zdarzało się, że na święta tata był w kraju, statek stał w Gdyni i do domu nie mógł przyjechać. Wtedy święta spędzaliśmy razem u niego na statku. Kucharz przygotowywał kolację wigilijną dla wszystkich przebywających na statku marynarzy i ich rodzin. No i wtedy dopiero na stole wigilijnym pojawiały się istne cuda. Gnieździliśmy się w maleńkich kajutach tych członków załogi, którzy mieli szczęście święta spędzać we własnym domu, ale za to dania wigilijne były nie byle jakie i przygotowane przez wyśmienitego kucharza.
Czasem, gdy tata był w morzu, na święta wyjeżdżałyśmy do jego brata na wieś w województwo opolskie. Pamiętam przepyszną babkę z kisielem, która nie należy do dań wigilijnych, a innych dań nie pamiętam. Pewnie typowe, ale tam poznałam smak prawdziwych tradycyjnych polskich świąt. Fascynowało mnie wkładanie kolorowego opłatka do żłobu, w siano dla krów i koni, podsłuchiwanie czy zwierzęta będą mówić, a wyjazd na pasterkę pozostanie w mojej pamięci na zawsze. Do kościoła było kilka kilometrów i jechało się furmanką – samochody, zwłaszcza na wsi, były rzadkością. Na dworze siarczysty mróz, my-dzieciaki pozawijane w kożuchy leżałyśmy na furmance, a nad nami rozgwieżdżone niebo. Pamiętam, że miałam dreszcze. Nie wiem czy z zimna, czy z wrażenia. Pasterki nie pamiętam, ale dojazd do kościoła tak.
![]() |
| Zdj. pochodzi ze strony autorki |
Z dzieciństwa mile wspominam Mikołaja, który przychodził do domu. Raz Mikołaj miał na rękach pierścionki mojej mamy, innym razem kolczyki jej siostry, a kiedyś w piwnicy znalazłam wysoką laskę Mikołaja. Na pewno była to laska Mikołaja, bo też była taka długa, jak wędka mojego taty i pamiętam dokładnie, bo Mikołaj tą długą laską zahaczył żyrandol w pokoju. Nie mogłam tylko zrozumieć, jak mógł zgubić swoją laskę w naszej piwnicy.
Kiedyś za Mikołaja przebrała się moja ciocia. Gdy w stroju Św. Mikołaja wychodziła z piwnicy (a mieszkaliśmy na trzecim piętrze) zauważyli ją chłopcy z sąsiedztwa. Po wypełnieniu swoich mikołajowych obowiązków nie mogła już swobodnie wyjść z mieszkania, bo pod drzwiami czekała na nią gromada ciekawskich nastolatków i trzeba ją było pod eskortą sprowadzić do piwnicy.
Kiedyś Mikołaj był biedny, przynosił mniej prezentów i tanie prezenty, ale był. Tego mi dziś brak. Mikołaj jest w przedszkolu, może w szkole, ale w domach go nie ma. Szkoda, bo jego wizyty przynosiły tyle radości. Dzieci miały przeżycia, dorośli śmiech i zabawę. Kiedyś, gdy moje dzieci były małe, szwagier przebrał się za Mikołaja i tak nas wszystkich przećwiczył, że do dziś to wspominamy. Jego żona, by dostać prezent, musiała odmawiać pacierz i to na klęczkach. Dorośli musieli śpiewać piosenki, recytować wierszyki… dla dzieci był wyrozumiały.
Dziś mieszkam na Mazowszu. Teraz, obok tradycyjnych wcześniejszych potraw, robię grzyby ugotowane (suszone), a następnie lekko podsmażone na oleju i oprószone mąką podczas smażenia. Takie grzyby bardzo lubił mój mąż, więc nauczyłam się je przygotowywać od mojej teściowej. Dziś, choć mojego męża nie ma już z nami, a dzieci nie przepadają za tym daniem, przygotowuję maleńką porcję jakby dla niego. Wigilię robimy wspólną z moimi dziećmi, które mają już swoje rodziny. Później idziemy na drugą Wigilię do teściów mojej córki, następnie ja obowiązkowo na pasterkę (śpiewam w chórze). Z przyjaciółmi także się spotykamy na spotkanie opłatkowe przed świętami lub w święta.
Dziękuję :)





Moim najpierwszym - i jedynym - "fizycznym" Mikołajem była moja babcia. Miałam wtedy trzy lata. Do dziś pamiętam każdy szczegół.
OdpowiedzUsuńPotem już nie wierzyłam w Mikołaja, więc zrezygnowano z przebieranek.
Dziś prezenty spod choinki w moim domu wyjmuje i wszystkim wręcza najmłodsza osoba, w mikołajowej czapce. Tyle zostało z tradycji... Może powróci, gdy doczekam się wnuków.
Bardzo dziękuję za to wspomnienie. :)
Hanna