Wydawnictwo Literackie Białe Pióro
Ilość stron: 106
Najbardziej znanym nam fraszko pisarzem jest oczywiście Jan Kochanowski, którego tak wszyscy namiętnie czytaliśmy w szkole i omawialiśmy od podstaw wybrane z wielu, wielu tych, jakie nasz wieszcz napisał. Fraszki, które chcę Wam dziś przedstawić są wyjątkowo smakowite i wyrafinowane, a ich autorka jest osobą niezwykle sympatyczną i uzdolnioną.
Mira Białkowska z zawodu jest muzykiem i pedagogiem. Pracowała jako pedagog i nauczyciel muzyki, uczyła gry na fortepianie, prowadziła chór, zespół wokalny, zespół fletów prostych, zajmowała się profilaktyką uzależnień. Spod Jej skrzydeł wyszło wielu utalentowanych uczniów, nazwiska których są szerszej publiczności znane, a o innych będzie jeszcze można usłyszeć w najbliższej przyszłości. Po przejściu na emeryturę zajmuje się muzykoterapią i pisaniem.
We „Fraszkowej uczcie”, autorka wcieliła się w wyjątkowo wyrafinowanego szefa kuchni, który serwuje nam niezwykle przemyślane, rymowane, rytmiczne, ale i wesołe fraszki:
„Marzenia”
Oj, gdyby wszystkie marzenia nasze się spełniały…
Nie daj Boże! To by dopiero bałagan był niemały.
Lapiadrne, z przymrużeniem oka, rytmiczne, do których chętnie by się napisało linię melodyczną. To specjalne menu, gdzie np. z przystawek podaje się:
1. Galimatias.
„Mistrzu Sztaudyngerze!”
Tak zawładnąłeś mą duszą całą,
że już nie wiem:
czy to są moje myśli, czy twoje?
Wszystko mi się pomieszało.
Czy jednym z wielu piszących, to właśnie znany z ciętego języka, odważnych i bezpruderyjnych fraszek Sztaudynger jest tym, którego autorka zwykła nazywać „Mistrzu”? Myślę, że z tego tomiku każdy znajdzie i wybierze coś w sam raz dla siebie. Rozsiądźcie się wygodnie, rozmarzcie i złóżcie zamówienie. Jest w czym wybierać. Są dania główne - pachnące bitkami, lasem, czy ogrodem, ale przede wszystkim nutą refleksji:
1. Sosna w trzech smakach:
a/ Wojskowy dryl
„Sosny w lesie”
Stoicie na baczność
jak wojsko w szeregu.
Wasze głowy skierowane
prościutko ku niebu.
Lekkostrawne, bardziej pikantne, takie, które mówią o symbiozie zależności. Bo, jakby się tak przyjrzeć im z bliska to są w nich same mądrości oraz pewne przesłania, by na chwilę przystanąć i pomyśleć o czymś, może nawet o kimś:
21. Smakowite nowości.
„Porządki w niebie”
Pan Bóg wymienia ogrzewanie.
Martwią się śmieci zza pieca,
co się z nimi stanie.
Coś dla zakochanych z afrodyzjakiem lub słodkie desery na pokrzepienie codzienności? Żartobliwe, z humorem. I ja wybrałam coś dla siebie, bo jestem smakoszem, degustatorem wyjątkowym, który czas umila sobie dźwiękami jazzowymi i poezją. Dla mnie to danie specjalne jest wyjątkowe.
Specjalność jazzmana.
„Saksofony”
Choć wykonane z metalu,
należą do instrumentów drewnianych.
Tych siedmiu braci jest przez jazzmanów uwielbianych.
Fraszki, jak maleńkie kwiatki – przypominajki - na poprawę humoru, pamięci, można z nimi trochę poflirtować, puścić oczko lub umówić się na spacer. Takie są te z „Fraszkowej uczty”. Nie tylko dla serca, ale przede wszystkim ducha. Autorka z właściwą sobie precyzją, lapidarnością, odpowiednią zwięzłością, ale przede wszystkim celną pointą stworzyła tom poezji, która codzienne spostrzeżenia zamieniła w grające i przyjemne dla serca nuty.
Spostrzeżenia, prawdy życiowe, doświadczenia, to łatwo zapadające w pamięci, misterne wersy. Ja nazwałabym je „fraszkowymi frywolitkami”. Potrzeba naprawdę niezwykłej precyzji, wyczucia, a nawet dystansu do siebie, życia, otoczenia, by napisać coś lekkiego, z humorem, a jednocześnie z dużą dozą estymy do czytelników. Uczta warta uwagi i chwili refleksji.
Palce lizać! Polecam!
Za książkę dziękuję Wydawnictwu Literackiemu Białe Pióro
A co o swojej "Fraszkowej uczcie" powiedziała Autorka? Zapraszam na mini wywiad.
Miro, „Fraszkowa uczta” jest Twoim debiutem książkowym. Czym on dla Ciebie jest?
Jeśli powiem, że spełnieniem marzenia to i ładnie brzmi, i jest zgodne z prawdą, ale jest także pewną „korzystną zmianą planów”. Chodzi o to, że wcześniej podjęłam nieudaną próbę wydania swojej powieści. Tak więc mieniłam plany. Odłożyłam powieść, zajęłam się fraszkami i to był dobry pomysł – z fraszkami się udało.
Każdego autora, szczególnie tego debiutującego zadręcza się pytaniem, jak to się zaczęło, to pisanie? Bo tak naprawdę pisać fraszki trzeba umieć. Wymagają lekkiego pióra, dystansu do siebie, świata. Wiem, że napisała też Pani kilkadziesiąt wierszy, scenariusze i teksty piosenek. Tak więc, jak to się zaczęło, że zaczęła Pani pisać w ogóle? Kiedy ta myśl zaczęła kiełkować, a kiedy nastąpił fakt dokonany? Czy był to długi proces?
W młodości pasjonowałam się twórczością Sztaudyngera. Jego fraszki zapisywałam w grubych zeszytach, zapamiętywałam, cytowałam. Nie podejrzewałam się jednak o to, że ośmielę się naśladować Mistrza. Nie wiem na czym polega to „trzeba umieć”. Dla mnie najważniejszy jest pomysł. Dostrzeżenie i skojarzenie pewnych szczegółów ( „Sasanka”), dwuznaczników („Ewa”, „Palma”), a ubranie tego w słowa nie jest jakąś filozofią. A dystansu do siebie i świata na pewno mi nie brakuje. Dowód? Fraszka „Skarga emeryta”.
Jak to się zaczęło? Tak na serio zaczęło się po przejściu na emeryturę, ale wrócę do zamierzchłej (bardzo zamierzchłej :) )przeszłości. Jako dzieciak napisałam jeden(!) bardzo patetyczny wiersz, który miałam okazję wyrecytować jakiejś pisarce. Owa pani „wywróżyła” mi wtedy, że będę pisać. Brzmi jak bajka? Ale tak było naprawdę.
A teraz na poważnie. W mojej pracy z uczniami potrzebowałam scenariuszy i piosenek na różne (powtarzające się) okazje. By nie powtarzać repertuaru czasem zdarzało się, że pisałam własne teksty do znanych melodii, tworzyłam scenariusze (jeden opublikowano). Po przejściu na emeryturę nadal pracowałam. Przygotowywałam uczniów do różnych festiwali. Na niektórych (np. Festiwal Piosenki o Zdrowiu) warunkiem uczestnictwa był własny tekst. Tu już nie miałam wyboru - pisałam tekst i uczyłam śpiewać.
Z pisaniem fraszek było inaczej. Wena dopadła mnie w wieku emerytalnym nagle i niespodziewanie. Nawet datę pamiętam. Przez jeden weekend napisałam 21 fraszek. Dostałam jakiegoś amoku. Tworząc jedną fraszkę za drugą zaczęłam się zastanawiać, czy to co przed chwilą wymyśliłam jest na pewno moje, czy może czyjś tekst wygrzebałam z zakamarków pamięci.
Odpowiedzią na te wątpliwości też była fraszka:
Mistrzu Sztaudyngerze!
Tak zawładnąłeś mą duszą całą,
że już nie wiem:
czy to są moje myśli, czy twoje?
Wszystko mi się pomieszało.
Przez trzy miesiące wymyśliłam 168 fraszek. Próbkę swojej twórczości wysłałam do „Agory”. Nieopatrznie pochwaliłam się, że przez trzy miesiące napisałam ponad 160 fraszek i zostałam bardzo skrytykowana za… ilość. Innych zarzutów nie było :)
Z wykształcenia jesteś min. muzykiem. Czy to właśnie ona staje się inspiracją do tworzenia wersów wierszy, fraszek?
Nie. Inspiracją do pierwszych fraszek była przyroda - jestem biologiem z zamiłowania (nawet uczyłam biologii w szkole). Przyroda jest kopalnią tematów. No i życie po prostu.
Muzyka, a zwłaszcza jej dwa podstawowe elementy (rytm i melodia )mają dla mnie bardzo duże znaczenie w wierszach. Fraszka jest formą krótką. Jest mniej czasu by ją rozkołysać, rozhuśtać czy w inny sposób zrytmizować. Dlatego dla fraszki te elementy muzyki mają mniejsze znaczenie. Kontynuując terminologię muzyczną powiedziałabym, że dla fraszek bardzo ważne są pauzy. Odpowiednio zastosowane dają czas na zastanowienie, albo tworzą atmosferę przed mającą nastąpić pointą.
Za fraszki otrzymałaś nawet nagrodę.
To nic wielkiego - jedna z podrzędnych nagród na Konkursie Jednego Wiersza, ale dla mnie to było ważne, bo tym razem (pierwsza była „Agora”) moje fraszki doceniono. Usłyszałam też, że powinnam je wydać.
Dziękuję za rozmowę.


Gratuluję patronatu!
OdpowiedzUsuń