Wydawnictwo Kobiece
Ilość stron: 432
Debiutowała powieścią „Czuły punkt”. W opisywanej przez siebie historii posłużyła się syndromem sztokholmskim, czyniąc swą bohaterką Polkę, która studiowała w Holandii. Wydawało mi się, że znam i warsztat autorki, i jej upodobania do opisywania historii od strony psychologicznej, jednak Dominika zaskakuje. Książka wywiera na czytelniku niemałe emocje, a wszelkie sytuacje i życiowe pokręcenia losu głównej bohaterki sprawiają, że wiele kobiet utożsami się z Ingą de Gaaf.
Na komisariat policji w Sneek przychodzi mężczyzna zgłaszając zaginięcie swojej żony i psa. Od tego momentu rozpoczyna się żmudne śledztwo prowadzone przez Marieke van Haan.
Podobnie, jak w poprzedniej książce autorka swoją bohaterką uczyniła Polkę. Inga przyjeżdża do Holandii z przyjaciółką Magdą w przerwie wakacyjnej w trakcie studiów. Marc jest Holendrem, nie od razu zwrócił uwagę na Ingę. Skryta, małomówna, zawsze wycofana. Kiedy Marc próbuje się z Ingą zapoznać, kobieta podchodzi do tego z dużym dystansem. Dla niej, nie była to łatwa decyzja, chociaż wiedziała, że wychodząc za niego za mąż, odetnie się od rodzinnych koligacji i wspomnień.
Prowadząca dochodzenie Marieke dociera do korespondencji e-mailowej Ingi. Listy, które ta pisała do Magdy były niczym wycinki z pamiętnika. Pisane z niezwykłą precyzją, pełne wyznań, wspomnień, emocji, trudnych do zaakceptowania sytuacji, czy po prostu codzienności znacznie różniące się od tych, które sobie po prostu kiedyś wcześniej wyobrażała.
Prozaika życia często bywa złudna, rozczarowuje, karmi złudzeniami. Sytuacja Ingi jest typowa dla współczesnych kobiet, które poświęcają życie zawodowe rodzinie. Wiele kobiet może utożsamić się z postacią głównej bohaterki. Samotność w związku współcześnie staje się czymś powszechnym. Nie umiemy ze sobą rozmawiać, nie umiemy dojść do porozumień, nie umiemy nawet słuchać siebie nawzajem, nie mówiąc o zrozumieniu wsparciu, czy szacunku. Co stało się z tymi wartościami?
„Kiedy będziemy deszczem” to zwięźle napisana powieść z aspektem psychologicznym, którą trudno jednoznacznie określić gatunkowo. Autorka wykazała się niezwykłą precyzją i lekkością pióra. Zręcznie wplotła wątek dotyczący łucznictwa, który jest Jej pasją. Znakomite dialogi, sugestywne, plastyczne, wręcz palpacyjne opisy. Z bohaterami można się utożsamić, razem z nimi przeżywać wszystkie sytuacje i emocje. Ja przeżywałam bardzo. Refleksyjna opowieść Ingi jest jakby odbiciem lustrzanym wielu kobiet. Zakończenie zaskakuje. Niesamowicie zaskakuje. Takie powieści czyta się z przyjemnością i z równie wielką przyjemnością poleca się czytelnikom. Jeśli szukacie czegoś wysublimowanego, emocjonalnego, polecam!
A co o samej powieści powiedziała autorka?
Podobnie jak w pierwszej tak i w drugiej, bohaterką uczyniłaś Polkę, która żyje w Holandii. Z Ingą jest tak, że wychodzi za mąż za Holendra, zakładają rodzinę, mają dwójkę dzieci. Łatwiej jest Ci pisać z perspektywy Polki? Równie dobrze bohaterką mogła być Holenderka. Jak to było?
Nie wiem, czy lepiej mi pisać z perspektywy Polki, na pewno w przypadku tej powieści tak było.
W grudniu skończyłam pisać powieść, w której wszyscy bohaterowie są Holendrami.
Odmienna narodowość Ingi była celowa. Miała jeszcze bardziej zaakcentować jej samotność, poczucie wyobcowania. Pewnie mogła być Holenderką, ale chodziło mi o stworzenie postaci, która na wszystkich płaszczyznach życia była w pewnym sensie wyizolowana. Z tego też powodu pojawił się problem uzależnienia od alkoholu w rodzinie Ingi. Starałam się dotrzeć do źródeł tego, jak Inga widziała i odczuwała świat, pokazać i wytłumaczyć, skąd w niej ta tłumiona, a jednak dominująca potrzeba łączności z kimś. Jeśli dobrze wczytać się w powieść, można dojrzeć, że Inga nawet z własnymi dziećmi z trudnością buduje intymną i bliską relację. Zresztą macierzyństwo, gdy nie ma się wsparcia bliskiej przyjaciółki, mamy, siostry, babci, cioci, kogokolwiek, kto doradzi i wesprze, może być wypalającym doświadczeniem. Dlatego zależało mi, by Inga była Polką na obczyźnie.
Gdzieś w niej samej są dwie bardzo przeciwstawne siły: strach przed wejściem w interakcję z drugim człowiekiem i z drugiej strony ogromne jej łaknienie. I jeśli przyjrzeć się Robinowi bliżej, cechuje go podobna konstrukcja psychiczna.
Można powiedzieć, że Inga jest pełna tajemnic. Matka, żona, stabilizacja rodzinna, a jednak jak w każdy związek wkrada się rutyna, przyzwyczajenie. Inga znalazła na to sposób, chciałabym żebyś opowiedziała o swojej pasji, jaką jest łucznictwo, i którą wplotłaś bardzo zręcznie w życie swojej bohaterki.
Moja miłość do łucznictwa zaczęła się tak naprawdę trzydzieści lat temu i była związana serialem opowiadającym przygody Robin Hooda (tak banalnie właśnie!). Od tamtej pory łuk i strzały były dla mnie symbolem wolności, kojarzyły mi się z lasem, swobodą, przyjaźnią, skupieniem. Było to marzenie z dzieciństwa, jedno z tych, które pielęgnujemy, wiedząc jednak, że nigdy nie znajdzie spełnienia. Jestem chyba najlepszym dowodem na to, że życie potrafi sprezentować niezwykłe niespodzianki. W wieku ponad trzydziestu lat zostałam łuczniczką. A żeby byłoby jeszcze piękniej moje dziecinne marzenia o włóczeniu się po lasach z bandą Robin Hooda, również się w pewnym sensie spełniło.
W łucznictwie najbardziej kocham balans. Musi być precyzyjna równowaga między napięciem a rozluźnieniem. Uwielbiam poczucie, że łuk staje się częścią mnie samej, a strzała przedłużeniem umysłu. To sport koncentracji, wymagający pracy nad sobą, to sport, w którym twoją największą konkurencją jesteś ty sam, w którym to, co wewnętrzne (spokój, skupienie) manifestuje się na zewnątrz. Dziś jestem przewodniczącą Stowarzyszenia Łuczniczego Orion, w którym wspólnie z cudownymi ludźmi staram się zarazić innych moją pasją.
Co do Marca, muszę przyznać z ręką na sercu, momentami miałam ochotę go po prostu udusić. Bardzo realistycznie oddałaś obraz współczesnego ojca, rzecz jasna, nie wszystkim można przypiąć tą samą łatkę, ale myślę, że nie tylko we mnie wywołuje on tak skrajne emocje. On jest jakby w tle, na drugim planie, a potrafi mocno zirytować czytelnika. Jak to było. On faktycznie miał być taki a nie inny? Wiesz, dlaczego pytam, bo zazwyczaj schematy są takie same: facet ma kochankę itp. prościej jest stworzyć taki scenariusz. Ty zrobiłaś coś zupełnie innego, on niby jest, ale bardzo go niewiele.
Tak, postanowiłam odwrócić sytuację, głównie dlatego, że dla Marca kochanka nie byłaby pobudką, lecz kolejną ucieczką. A ja chciałam moimi bohaterami wstrząsnąć. Dlatego rzuciłam Robina w wir codzienności Ingi. Miał ją obudzić z marazmu, to było jego zadanie. Miał jej przypomnieć o niej samej, zmusić do spojrzenia na życie w inny sposób.
Dla Marca wstrząsem miało być zniknięcie Ingi i wszystko, co zdarzyło się potem. Pobudką, nieco spóźnioną niestety.
Marc miał być dokładnie taki. Nieobecny, zajęty, przekonany, że małżeństwo jest zakupem z dożywotnią gwarancją. Tak, miał irytować czytelniczki, miał reprezentować też to, z czym wiele kobiet zmaga się w ich małżeńskich relacjach. Bardzo uważnie słuchałam bliskich mi kobiet, ich skarg, smutków, tęsknot.
To, co mnie samą w Marcu irytuje najbardziej to fakt, że on tak naprawdę Ingi nie widzi. Patrzy na nią, ale jej nie widzi. Musiała zniknąć mu z oczu, żeby ją znów zobaczył, dojrzał przez gęstą mgłę ich codzienności. Czasem trzeba się zgubić, żeby się odnaleźć.
Następna sprawa, to problemy, z jakimi zmierza się Inga. Tak bardzo aktualne, praktycznie takie, które mogą dotyczyć i dotknąć każdego z nas. Nic dziwnego, że zauroczenie i fascynacja kimś innym niż własny mąż, który bez przerwy siedzi z nosem w telefonie bądź komputerze, w którymś momencie wybucha i zamienia się w głębsze uczucie. Ona oczywiście się przed tym broni, ale nie też znowu tak skutecznie. Myślisz, że Inga naprawdę byłaby w stanie odejść od dzieci, bo od męża może byłoby jej łatwiej, ale dzieci są jednak dziećmi, by być z Robinem? Miałaś od początku zarys takiej fabuły, czy zupełnie inny plan na postać Ingi?
Relacja Ingi i Robina od samego początku skazana była na klęskę. Nigdy nie wahałam się co do tej kwestii i od początku wiedziałam, że są skazani na rozstanie. Byłam wierna swojej wizji, choć w trakcie pisania pokochałam Robina (a wiemy, jak bardzo można pokochać fikcyjną postać) i złamałam serce sobie samej.


Brak komentarzy:
Prześlij komentarz